Przechadzałem się po akademickim ogrodzie. Molly biegła wesoło obok mnie merdając ogonem. Nagle postawiła uszy i zaczęła przyglądać się czemuś w oddali.
-Co jest malutka?-zapytałem. Suczka najeżyła sierść. Westchnąłem i ruszyłem w stronę, w którą patrzyła.-Już sprawdzimy co to za straszne zmory straszą mojego biednego psa.
Zobaczyłem dziewczynę siedzącą na chodniku. Stróżka krwi spływała jej z czoła. Nieśmiało podszedłem do niej podając jej dłoń.
-Wszystko w porządku?-zapytałem.
-Tak...Już dobrze...Zagapiłam się-zarumieniła się ocierając krew z czoła.
-Może powinnaś iść do jakiejś pielęgniarki albo coś?
-Nie, nie już jest dobrze. Serio
-Jake-uśmiechnąłem się podając jej dłoń.
-Lilith-odwzajemniła uśmiech. Molly obserwowała każdy ruch Lilith jakby w obawie, że dziewczyna mogłaby mi coś zrobić. Krew dalej leciała z jej czoła. Wsadziłem rękę do kieszeni. W kieszeni mam wszystko. Od gum do żucia po jakieś kapsle i Bóg wie co jeszcze. Wydobyłem mały plaster
-Proszę. Zaklej sobie-powiedziałem podając jej plaster. Popatrzyła na mnie dziwnie. W sumie kto normalny nosi plastry w kieszeni?-Proszę cię nie osądzaj mnie. W moich kieszeniach jest wszystko.
<Lilith?>
Brak komentarzy
Prześlij komentarz